Fukurou no ie – Dom Sów

O tym, że w Japonii istnieją kocie kawiarnie, słyszał chyba każdy. Wypić kawę, pogłaskać kota, zapłacić ok. 30-35 złotych za godzinę* i wyjść z nowymi siłami do walki z codziennością poważnego ucznia/studenta/pracownika firmy (niepotrzebne skreślić) – taki widok jest tutaj nora od prawie dwudziestu lat. Ba, kocie kawiarnie rozpowszechniły się również w Ameryce i Europie, a 25 czerwca dotarły nawet do Krakowa. Nietrudno tez jest zgadnąć, że szybko powstały inne przybytki z królikami czy małymi uroczymi pieskami. W 2012 roku jednak w Tokio otworzono  dużo bardziej nietypowy lokal, którego główną atrakcją były sowy.

*cena minimalna

Sowy nie sa tradycyjnym domowym zwierzątkiem. Może własnie dlatego możliwość spędzania czasu w ich towarzystwie i pogłaskania wywołała taka furorę. Nowe kawiarnie z sowami wyrosły, jak grzyby po deszczu. Jedna z nich, Fukurou no ie, znajduje się również w Tsukubie. Bardzo adekwatnie, w końcu sowa to symbol tego miasta. Co prawda z Nastią musiałyśmy co prawda przejechać 11km w jedną stronę, żeby się tam dostać (w sierpniowej parówce to nie lada wyczyn), ale chyba było warto 🙂

Od razu po wejściu przywitała nas właścicielka, wręczając kubeczki do napojów – oczywiście w kształcie sów – oraz elektroniczny czasomierz. Zapłaciłyśmy należne 1000 jenów (32zł), wysłuchałyśmy instrukcji, jak należy się obchodzić z ptakami, a potem mogłyśmy spokojnie rozejrzeć się po kawiarni.

Czytaj dalej

Sierpniowa pocztówka: wiejska strona Tsukuby

Tak jakoś wyszło, że przez te wszystkie fajne rzeczy, które ostatnio opisywałam na blogu, prawie zupełnie nie mam kasy.
Bankructwo studenckie. Po raz pierwszy w moim życiu. Ciekawie.
A raczej właśnie nie „ciekawie”, tylko okropnie nudno. Ostatni miesiąc w Japonii, a przez dwa tygodnie nie mogę prawie nic zrobić, no…
Ale przyznaję: moja wina. Trzeba było lepiej pilnować wydatków.

A poza tym nawet spłukana studentka wcale nie musi się nudzić.

Ot, wystarczy na przykład pójść na spacer.

Spacerowanie jest lepsze od jeżdżenia na rowerze, bo pozwala dojrzeć więcej szczegółów. I można się spokojnie zatrzymać, żeby porobić zdjęcia.

To jeszcze jest teren uniwerku. Z polem kukurydzy. Mamy pole kukurydzy na uniwerku 😀

Ah te świątynie shinto. Zawsze się znajdzie jakąś, prędzej czy później. Człowiek przestaje nawet zwracać uwagę.

Czytaj dalej

41. Yadokari Matsuri – 29-30/05.2015 – Uniwersytet Tsukuba

Czasem wydarzenia, po których spodziewamy się dużo, są totalnym rozczarowaniem. A czasem wydarzenia, po których nie spodziewamy się niczego, nagle zaskakują nas swoją pozytywnością. Moja historia z Yadokari Matsuri stanowi dowód na prawdziwość obu tych stwierdzeń.

Festiwal ten jest nazywany także Shukusha Matsuri (Festiwal Akademików). Prawdopodobnie nazwa ma związek z miejscem organizacji: teren najstarszej z czterech „dzielnic akademikowych” na kampusie, Hirasuny. Festiwal on przeznaczony dla nowych studentów mojego zacnego uniwerku Tsukuba. Ma na celu integrację żółtodziobów z senpaiami* a także pokazać, jaki to nasz uniwersytet jest zajebisty.

*senpai (jap.) – dosłownie: starszy kolega. W Japonii wertykalne związki międzyludzkie mają bardzo duże znaczenie, stąd nacisk na starszeństwo lub przewagę doświadczenia. Senpai, to taki właśnie starszy kolega, czy to wiekiem, czy to stażem na studiach, czy stażem w klubie zainteresowań…istnieje dużo możliwych konfiguracji. Jego powinnością jest zajmowanie się młodszymi, nieogarniętymi kouhaiami, w zamian za co kouhaie powinni być pełni szacunku i adoracji…no może z tym ostatnim trochę przesadzam. Ale docenianie senpaiów jest zdecydowanie ważne. 

O festiwalu dowiedziałam się dzięki swojemu klubowi**, który wraz z czterema innymi muzyczno-rockow0-metalowymi kołami zainteresowań miał zrobić wielki show w piątek. Niestety, koncert został odwołany z powodu deszczu… Nikt nie chce się bawić wodą i elektrycznością, chyba że planuje szybką wycieczkę na tamten świat. Tyle w temacie rozczarowania. Serio, cały dzień chodziłam potem skwaszona.

**Co nieco o swoim klubie, jak również o japońskich klubach w ogóle, napisałam tutaj: klik!, punkt trzeci. Co więcej ta notka: klik! była w dużej mierze zainspirowana przez doświadczenia klubowe. Od co najmniej miesiąca zbieram się, by napisać więcej, ale chwilowo za dużo się wciąż w tej sferze dzieję i nie nadążam z trawieniem informacji. Ale przyrzekam…już niedługo. 

Co do soboty, czyli w sumie głównego dnia festiwalu, nie miałam żadnych oczekiwań. No, może poza powłóczeniem się ze znajomymi stypendystami. Ale obudziłam się rano i uznałam „a co będę siedzieć w pokoju…dziś pogoda się zapowiada ładnie (a w piątek nie mogło tak być? @#$%^&*) więc się przejdę”. Przy czym moje myśli zawierały dokładnie takie nawiasy, jakie zacytowałam. Serio, źle znoszę rozczarowania…

W Hirasunie przywitał mnie widok mini sceny, na której odbywały się pokazy sztuk tradycyjnych. Przypadkiem natknęłam się na Aru, dziewczynę, z którą miałam angielskie konwersacje i razem spędziłyśmy całkiem miło kilka godzin. Jedyna wada: słońce dawało ostro w kość.

Czytaj dalej

a taka tam majowa pocztówka

Zbieram się do napisania dość długiej notki o tym, co mnie ostatnio angażuje, jara i nie daje myśleć o niczym innym… Ale jak to zwykle bywa, w tego typu momentach trochę brakuje słów i nie starcza spójności myśli. Pomyślałam więc, że w międzyczasie podzielę się z wami czymś ładnym. Zwłaszcza, że za oknem władzę nad światem przejął deszcz, pokłosie pierwszego tajfunu w tym roku, który dziś rąbnął w Okinawę.

A ja zapomniałam przestawić rower pod dach…mam nadzieję, że przetrwa.

Oto zdjęcia, jakie zrobiłam w czasie Golden Week w naszym malutkim, uniwersyteckim Ogrodzie Botanicznym, gdzie spędziłam całkiem miłe chwile w dość zaskakującym towarzystwie. 🙂 Oceniając po tymże ogrodzie, irysy i azalie zdają się być typowym elementem majowego krajobrazu w Japonii… faktem jest, że irysy są tradycyjnie uznawane za kwiat majowy. Są między innymi tradycyjną dekoracją na Dzień Dziecka, który w Japonii przypada 5 maja. Tutaj ciekawostka: przed II wojną światową było to święto chłopców. Dziewczynki natomiast miały swoje Hina Matsuri 3 marca…które zresztą przetrwało do dzisiaj. Nie jestem pewna na 100% ale mam wrażenie, że usunięto Święto Chłopców, gdyż było ono mocno powiązane z samurajskimi wartościami i estetyką, a to po II wojnie światowej mogło być interpretowane niekorzystnie).

Trochę mi było smutno, ze nigdzie nie pojechałam na Golden Week, czułam się przez to nieco „poza nawiasem”. Ale chyba wyszło mi to na dobre, mogę sobie pozwolić na trochę finansowego luzu. W przeciwieństwie do niektórych, którzy pojechali na długi weekend, a potem im został jeden man (ok 310 zł) na trzy tygodnie. A i tak udało mi się spędzić ten czas całkiem przyjemnie i leniwie.

Mimo wszystko jednak cieszę się, że znowu są zajęcia. Nawet jeśli nie chce mi się do nich przygotowywać, bo…rzecz, która mnie jara. O której napisze następnym razem.

Czytaj dalej

Hanami time!

Zaprawdę powiadam wam, Kraj Kwitnącej Wiśni w pełni zasługuje na swoją nazwę.
Nie spodziewacie się niczego, dopóki pewnego dnia nie wyjdziecie i zauważycie, ze połowa drzew rosnących w waszej okolicy, to sakury.
A nie sposób tego przegapić. Po prostu nagle połowa drzew kwitnie.

Najpóźniej po dwóch dniach parki zapełniają się ludźmi z plastikowymi matami i koszykami pełnymi jedzenia oraz alkoholu*. Zaczyna się hanami, czyli sezon oglądania kwiatów wiśni. Podziwiania ulotnego piękna, które najwyżej po tygodniu powinno zwiędnąć, przeminąć tak niespodziewanie, jak się zaczęło. To właśnie w tej ulotności, w krótkotrwałym życiu kwiatów sakury kryje się ich piękno.

Nie jestem Japonką. Mnie ten fakt przemijania niesamowicie boli.

***

Oto krótki przegląd zdarzeń naznaczonych kwiatem wiśni:

28 marca. Aki, moja kochana znajoma z Tokio zaprosiła mnie na hanami w pobliskim parku Kinuta. Mimo że pierwsza sakura w Tokio zakwitła już 23 marca (o dwa dni wcześniej, niż w zeszłym roku! Tak, w Japonii prowadzi się takie statystyki!), po wejściu na teren parku przez moment się nam zdawało, że piknik został zaplanowany trochę za wcześnie. Na szczęście nieco w głębi kilka drzew całkiem ładnie rozkwitło. A wraz z upływającymi godzinami kwiaty dosłownie rozwijały się w oczach.

Czytaj dalej

Tydzień Asiowo-Kamilowy (10-16.02.2015). Część 1 – SCIENCE!

Wszytko zaczęło się od luźnej ale szczerej propozycji „no Kamil, wiem, że masz różne problemy, mniej lub bardziej poważne, wpadnij d mnie to się rozerwiesz, pochodzimy po różnych naukowych miejscach, będzie fajnie”.
Początkowa reakcja, to było mniej więcej „hahah, dzięki”, które odebrałam jako standardowe „Tak bardzo bym chciał(a) ale nie mam kasy”.
Trzy dni później jednak dostałam pytanie „ale to było na serio?”. Na co odpowiedzią było lekko poirytowane „TAK”.

I tak oto mój przyjaciel Kamil przyleciał do Japonii.
Sądząc z komentarzy pod zdjęciami na facebooku bardzo mu się podobało.
Za jego zgodą pozwolę sobie zacytować jego relację, dodając własne komentarze i zdjęcia.

Więc jak to było w Japonii.
Z pomysłem wyszła Asia, by ją odwiedzić i spędzić czas zobaczyć barę niesamowitych miejsc.
Więc jadłem wyłącznie japońskie kulinaria (melonpan, onigiri, standardowo sushii, katsudon, ramen, ciasteczka fasolą i kultową wołowine na patyku), uczyłem sie kultury i etykiety, bez większych wpadek i zwiedzaliśmy ciekaaw miejsca.

No tak, tylko jak kupowaliśmy onigiri na stacji pociagu, to Kamil skołowany wszechobecnym japońskim o cenę zapytał iście polskim „ILEE?”. Ale w sumie się nie dziwię, człowiek jeszcze dobę temu był w Polsce a teraz wszyscy do niego chińskimi znaczkami mówią 😉 nie muszę chyba dodawać, że non stop udzielałam usług tłumaczeniowych.

1 dzień był dniem oprowadzania po samym kampusie Tsukuby.
A Tsukuba to wyzwanie rowerowe, autobusów jest mało, nie wszędzie wjedziesz samochodem, więc rower i nogi twymi najlepszymi przyjaciółmi.

A ja się dowiedziałam, gdzie na niebie jest Syriusz i Jowisz

Szczęśliwa Asia pokazuje, ze w Japonii można kupić ogórki Krakusa. Żubrówkę i spirytus zresztą też.

Czytaj dalej

drobiazgi wszelakie, vol. 2

Żeby wam się zbytnio nie nudziło czekanie na relację z Sylwestra/Nowego Roku (Harajuku! Akihabara! Irlandzki pub i sushi!), wrzucam drugą notkę z serii „drobiazgi wszelakie”. Miłej lektury!

~~~

Jakiś czas temu jechałyśmy z Sanną na zajęcia. Ładna pogoda, słoneczko świeci, a na chodniku przed budynkiem 3A uniwersytecka orkiestra grała „Smoke On The Water”. Wprawiło mnie tonw tak dobry nastrój, że nuciłam słynne „ta-ta-TAA, ta-ta-TA-taa, ta-ta-TAA-ta-taa” przez następne 200 metrów.
Co sprawiło, że Sanna się mnie zapytała „Więc to znana piosenka, tak?”
„No taak, to Smoke On The Water”
„Hm. Nie znam.”
Na rowerze nie umiem robić facepalma, a szkoda.
Jak usłyszałam, to że ktoś słucha black metalu nie oznacza, że musi się interesować klasyką rocka, i że nie mogę jej mówić, co powinna znać, a czego nie.
Niby racja, ale i tak uważam to za mocno zaskakujące. :3

~~~

Pamiętacie jeszcze moje problemy z bankomatami na początku pobytu? Odkryłyśmy z Sanną, o co chodzi. Otóż z nieznanych mi przyczyn japońskie banki przestały obsługiwać karty Maestro z jakimś ta nowym rodzajem chipu. Co oznacza, że wszystkie nowe Maestro w Japonii są zupełnie bezużyteczne. Do końca 2015 roku.
Kocham Visę.
Fajnie, że mój bank o tym wiedział. A pytałam, mówiłam, że do Japonii jadę… Ech.

~~~

Już co najmniej trzy razy się zdarzyło, że leżałam w łóżku o 3 w nocy próbując zasnąć i nagle łóżko zaczyna się trząść. Nie ma to jak życie na styku płyt tektonicznych.

Czytaj dalej

Eksploracja terenow podmiejskich – gora Tsukuba (18/10/2014)

Nareszcie mam Internet w pokoju! Dzięki informacjom dostarczonym przez Marca i wyrzeczeniom jedzeniowym mogłam zakupić sobie router i od wczoraj cieszę się Wi-Fi dostępnym we własnym pokoju. Mam nadzieję, że wpłynie to pozytywnie na częstotliwość pojawiania się notek na blogu. Chociaż nie mogę tego obiecać na sto procent: ostatnio albo robię ciekawe rzeczy (wycieczki, zajęcia, imprezy, itp.), albo zwyczajnie te ciekawe rzeczy odsypiam. Ale staram się, jak tylko mogę. ^_^
Dzisiaj chciałabym zaprezentować zaległą relację z wycieczki na górę Tsukuba. Ponownie notka będzie się skupiać raczej na zdjęciach niż tekście. Ale czasami jedno dobre zdjęcie potrafi przekazać więcej, niż choćby najpięknijeszy opis. A zadaniem, które sobie wyznaczyłam poprzez prowadzenie tego bloga, jest wierne przedstawienie Japonii, nie słowna ekwilibrystyka.

Wyruszyliśmy w sobotę około dziesiątej rano, przy czym nie wiem czemu organizatorzy wycieczki, Marc i Andre spóźnili się najbardziej (przecież nie przez imprezę poprzedniego wieczora, na pewno nie…ale z drugiej strony pół godziny, to nie jest aż tak dużo). Jak się okazało, znakomita większość uczestników i uczestniczek wyprawy była pochodzenia niemieckiego. Nigdy wcześniej nie przebywałam dłużej w grupie osób, których języka nie znam…. I okazało się to nieco frustrujące. Takie marudzenie samozwańczej poliglotki. Na szczęście oprócz Niemców w wycieczce brali też udział Adam z Anglii, Oscar z Holandii i Japończyk Ryo, tak więc nie byłam osamotniona w przypominaniu o konieczności używania angielskiego.

Bo czym by byla wycieczka bez selfie robionej na rowerze…nie wiem, czy wyczuwacie moj sarkazm.

Czytaj dalej

Eksploracja terenow podmiejskich – rowerem po okolicy (17/10/2014)

Nie nadążam z prowadzeniem bloga, po prostu nie nadążam. Na zmianę to przeżywam różne (przynajmniej dla mnie) ciekawe rzeczy, albo po prostu odsypiam/nadrabiam zaległości w nauce. Tak jakby istniały tutaj tylko dwa tryby czasu: super intetesujący czas i super nudny czas. Nie ma nic pośrodku i przez to ciężko jest mi znaleźć chwilę, w której mogłabym naprawdę zastanowić się nad tym, co chcę napisać. Mimo to jednak staram się, jak mogę. Dzisiaj chciałabym przedstawić bardzo mocno spóźnioną relację z weekendowego zwiedzania okolic podmiejskich. Wyjątkowo chyba będzie dużo więcej zdjęć niż tekstu: myślę, że one właśnie oddają najwięcej. Jak powszechnie wiadomo, weekend zaczyna się, gdy tylko skończą się piątkowe obowiązki. A że wskutek odrabiania zajęć zeszły piątek nagle stał się dla mnie piątkiem wolnym, postanowiłyśmy z Beatą i Madzią wyjechać za miasto i powłóczyć się trochę po okolicy.

Gora Tsukuba dumnie sie prezentuje w tle.

Czytaj dalej