41. Yadokari Matsuri – 29-30/05.2015 – Uniwersytet Tsukuba

Czasem wydarzenia, po których spodziewamy się dużo, są totalnym rozczarowaniem. A czasem wydarzenia, po których nie spodziewamy się niczego, nagle zaskakują nas swoją pozytywnością. Moja historia z Yadokari Matsuri stanowi dowód na prawdziwość obu tych stwierdzeń.

Festiwal ten jest nazywany także Shukusha Matsuri (Festiwal Akademików). Prawdopodobnie nazwa ma związek z miejscem organizacji: teren najstarszej z czterech „dzielnic akademikowych” na kampusie, Hirasuny. Festiwal on przeznaczony dla nowych studentów mojego zacnego uniwerku Tsukuba. Ma na celu integrację żółtodziobów z senpaiami* a także pokazać, jaki to nasz uniwersytet jest zajebisty.

*senpai (jap.) – dosłownie: starszy kolega. W Japonii wertykalne związki międzyludzkie mają bardzo duże znaczenie, stąd nacisk na starszeństwo lub przewagę doświadczenia. Senpai, to taki właśnie starszy kolega, czy to wiekiem, czy to stażem na studiach, czy stażem w klubie zainteresowań…istnieje dużo możliwych konfiguracji. Jego powinnością jest zajmowanie się młodszymi, nieogarniętymi kouhaiami, w zamian za co kouhaie powinni być pełni szacunku i adoracji…no może z tym ostatnim trochę przesadzam. Ale docenianie senpaiów jest zdecydowanie ważne. 

O festiwalu dowiedziałam się dzięki swojemu klubowi**, który wraz z czterema innymi muzyczno-rockow0-metalowymi kołami zainteresowań miał zrobić wielki show w piątek. Niestety, koncert został odwołany z powodu deszczu… Nikt nie chce się bawić wodą i elektrycznością, chyba że planuje szybką wycieczkę na tamten świat. Tyle w temacie rozczarowania. Serio, cały dzień chodziłam potem skwaszona.

**Co nieco o swoim klubie, jak również o japońskich klubach w ogóle, napisałam tutaj: klik!, punkt trzeci. Co więcej ta notka: klik! była w dużej mierze zainspirowana przez doświadczenia klubowe. Od co najmniej miesiąca zbieram się, by napisać więcej, ale chwilowo za dużo się wciąż w tej sferze dzieję i nie nadążam z trawieniem informacji. Ale przyrzekam…już niedługo. 

Co do soboty, czyli w sumie głównego dnia festiwalu, nie miałam żadnych oczekiwań. No, może poza powłóczeniem się ze znajomymi stypendystami. Ale obudziłam się rano i uznałam „a co będę siedzieć w pokoju…dziś pogoda się zapowiada ładnie (a w piątek nie mogło tak być? @#$%^&*) więc się przejdę”. Przy czym moje myśli zawierały dokładnie takie nawiasy, jakie zacytowałam. Serio, źle znoszę rozczarowania…

W Hirasunie przywitał mnie widok mini sceny, na której odbywały się pokazy sztuk tradycyjnych. Przypadkiem natknęłam się na Aru, dziewczynę, z którą miałam angielskie konwersacje i razem spędziłyśmy całkiem miło kilka godzin. Jedyna wada: słońce dawało ostro w kość.

Czytaj dalej

Tydzień Asiowo-Kamilowy (10-16.02.2015). Część 1 – SCIENCE!

Wszytko zaczęło się od luźnej ale szczerej propozycji „no Kamil, wiem, że masz różne problemy, mniej lub bardziej poważne, wpadnij d mnie to się rozerwiesz, pochodzimy po różnych naukowych miejscach, będzie fajnie”.
Początkowa reakcja, to było mniej więcej „hahah, dzięki”, które odebrałam jako standardowe „Tak bardzo bym chciał(a) ale nie mam kasy”.
Trzy dni później jednak dostałam pytanie „ale to było na serio?”. Na co odpowiedzią było lekko poirytowane „TAK”.

I tak oto mój przyjaciel Kamil przyleciał do Japonii.
Sądząc z komentarzy pod zdjęciami na facebooku bardzo mu się podobało.
Za jego zgodą pozwolę sobie zacytować jego relację, dodając własne komentarze i zdjęcia.

Więc jak to było w Japonii.
Z pomysłem wyszła Asia, by ją odwiedzić i spędzić czas zobaczyć barę niesamowitych miejsc.
Więc jadłem wyłącznie japońskie kulinaria (melonpan, onigiri, standardowo sushii, katsudon, ramen, ciasteczka fasolą i kultową wołowine na patyku), uczyłem sie kultury i etykiety, bez większych wpadek i zwiedzaliśmy ciekaaw miejsca.

No tak, tylko jak kupowaliśmy onigiri na stacji pociagu, to Kamil skołowany wszechobecnym japońskim o cenę zapytał iście polskim „ILEE?”. Ale w sumie się nie dziwię, człowiek jeszcze dobę temu był w Polsce a teraz wszyscy do niego chińskimi znaczkami mówią 😉 nie muszę chyba dodawać, że non stop udzielałam usług tłumaczeniowych.

1 dzień był dniem oprowadzania po samym kampusie Tsukuby.
A Tsukuba to wyzwanie rowerowe, autobusów jest mało, nie wszędzie wjedziesz samochodem, więc rower i nogi twymi najlepszymi przyjaciółmi.

A ja się dowiedziałam, gdzie na niebie jest Syriusz i Jowisz

Szczęśliwa Asia pokazuje, ze w Japonii można kupić ogórki Krakusa. Żubrówkę i spirytus zresztą też.

Czytaj dalej

drobiazgi wszelakie, vol. 2

Żeby wam się zbytnio nie nudziło czekanie na relację z Sylwestra/Nowego Roku (Harajuku! Akihabara! Irlandzki pub i sushi!), wrzucam drugą notkę z serii „drobiazgi wszelakie”. Miłej lektury!

~~~

Jakiś czas temu jechałyśmy z Sanną na zajęcia. Ładna pogoda, słoneczko świeci, a na chodniku przed budynkiem 3A uniwersytecka orkiestra grała „Smoke On The Water”. Wprawiło mnie tonw tak dobry nastrój, że nuciłam słynne „ta-ta-TAA, ta-ta-TA-taa, ta-ta-TAA-ta-taa” przez następne 200 metrów.
Co sprawiło, że Sanna się mnie zapytała „Więc to znana piosenka, tak?”
„No taak, to Smoke On The Water”
„Hm. Nie znam.”
Na rowerze nie umiem robić facepalma, a szkoda.
Jak usłyszałam, to że ktoś słucha black metalu nie oznacza, że musi się interesować klasyką rocka, i że nie mogę jej mówić, co powinna znać, a czego nie.
Niby racja, ale i tak uważam to za mocno zaskakujące. :3

~~~

Pamiętacie jeszcze moje problemy z bankomatami na początku pobytu? Odkryłyśmy z Sanną, o co chodzi. Otóż z nieznanych mi przyczyn japońskie banki przestały obsługiwać karty Maestro z jakimś ta nowym rodzajem chipu. Co oznacza, że wszystkie nowe Maestro w Japonii są zupełnie bezużyteczne. Do końca 2015 roku.
Kocham Visę.
Fajnie, że mój bank o tym wiedział. A pytałam, mówiłam, że do Japonii jadę… Ech.

~~~

Już co najmniej trzy razy się zdarzyło, że leżałam w łóżku o 3 w nocy próbując zasnąć i nagle łóżko zaczyna się trząść. Nie ma to jak życie na styku płyt tektonicznych.

Czytaj dalej

wielokulturowość

Shoukai – wprowadzenie

Miałam pisać o czymś innym. Święta się zbliżają wielkimi krokami, a wraz z nimi pierwsze spotkania świąteczne i pierwsze refleksje na temat różnic w obchodzeniu Gwiazdki. O tym też napiszę niedługo. Ale nie dziś. Dzisiaj właśnie zdarzył się kolejny „normalny dzień w Japonii”. Co oznacza przypał, dużo ciekawych rozmów i pysznego jedzenia. A w promocji dostaliśmy japońskiego Świętego Mikołaja tańczącego boso po izakai.

Naiyou – treść

Tim Scanlan

Tim Scanlan

Umówiłyśmy się dzisiaj z koleżanką na koncert muzyki celtyckiej, o którym dowiedziałyśmy się na zajęciach z Media and Gender. Koleżanka pochodzi ze Słowenii i nazywa się Metka (urocze ^_^). Przyprowadziła ze sobą znajomego z Wenecji, Lucę, który okazał się bardzo otwartym i sympatycznym osobnikiem. Jeśli chodzi o sam koncert, ku naszemu zaskoczeniu był on poprzedzony dość obszernym wykładem po japońsku. Mõj pierwszy wykład w tym języku, odkąd przyjechałam do Tsukuby. Na szczęście był dość ciekawy i niezbyt trudny. A sam koncert był stuprocentowo pozytywnym doświadczeniem. Okazało się, że nasz wykładowca, Toshi Bodhran, gra na irlandzkim bębenku i trochę stepuje. Jednak głównym muzykiem popołudnia był zaproszony specjalnie do Tsukuby Tim Scanlan – Kanadyjczyk, który kocha muzykę celtycką, irlandzką i kanadyjską. Gra na gitarze, harmonijce i na wzór francuskich Kanadyjczyków stepuje do rytmu. Razem z Toshim orzez godzinę grali różne tradycyjne celtyckie kawałki, i powiem wam jedno: nie sposób było utrzymać nóg w miejscu. Nie rzuciłam się wprawdzie do tańca ale ostro stepowałam do rytmu, i nie byłam w tym osamotniona. Zachęcam do zapoznania się z ich twórczością: klik!

Toshi Bodrhan.

Toshi Bodrhan.

Samo to by wystarczyło, żeby uznać dzień za udany. Ale nastąpiła tajemnicza wymiana myśli między studentami, którzy mieli ochotę na piwo, i Timem, który też miał ochotę na piwo. W związku z tym organizator wykładu -tutejszy profesor literatury amerykańskiej (Japończyk) musiał zmienić nieco plany i po pół godziny przekonywania wszyscy ruszyliśmy do pobliskiej izakai. Spędziliśmy tam parę godzin pijąc piwo, rozmawiając na najróżniejsze tematy i jedząc pyszne rzeczy, które pojawiały się….nie wiadomo skąd. W końcu większość grupy opuściła lokal, podczas gdy my z Lucą i Metką zdecydowaliśmy się zostać i dopić nasze piwa. Przy pożegnaniu dowiedzieliśmy się, że profesor zapłacił cały rachunek… podziękowaliśmy mu w ukłonach, nie mogąc do końca uwierzyć we własne szczęście. Posiedzieliśmy jeszcze trochę nad piwem, wygłupiając się i obserwując bardzo głośne przyjęcie obok. Obserwacja chyba była odzwzajemniona: najpierw podszedł do nas bardzo podchmielony bosy Święty Mikołaj, pytając się o nasze narodowości, a gdy już mieliśmy wychodzić, nagle zmaterializowało się przed nami dwóch innych imprezowiczów. Bez rozmowy się obejść nie mogło… chociaż ja rozmawiałam tylko z jednym z nich. Co jest dość podejrzane w japońskich warunkach*. Ciekawe, czy faktycznie do mnie napisze po świętach, jak obiecał. XD

Czytaj dalej

drobiazgi wszelakie

Czyli rzeczy, które są zbyt drobne, by poświęcić im całą notkę. Ale są zabawne albo ciekawe, albo po prostu chcę się nimi podzielić.

~~~

Egzamin połówkowy z gramatyki. Siedzimy, piszemy spokojnie. Nagle ławka zaczyna się trząść. Pierwsza myśl: Sanna coś wyciera gumką na teście i trzęsie stołem. Myśl, która nadeszła dwie sekundy później: chwila, ale chyba od tego nie trzęsłyby się WSZYSTKIE ławki… Patrzę na Sannę porozumiewawczo, ona patrzy się na mnie z paniką i niemym pytaniem „czy to już jest ten moment, kiedy wychodzimy z sali?”. Patrzę na naszą nauczycielkę, a ona ze swoim zwykłym, uroczym uśmiechem rzekła:
– Silne to trzęsienie ziemii, nieprawdaż?
Wróciliśmy więc posłusznie do pisania, ja walcząc z chęcią roześmiania się w głos. Ławka trzęsła się jeszcze przez pół minuty.
Z egzaminu mam 87%. ^_^

~~~

Status na facebooku: „Wrona ukradła mi chleb prosto z koszyka :(”
Komentarz: „widziałem, jak komuś wrona ukradła portfel, więc w sumie masz farta”

~~~

Znajoma zapytała się mnie, czy na jednym z moich zdjęć z Tokio nie uwieczniłam przypadkiem Rainbow Bridge.
Odpisałam jej „a co to?”. rzeczone zdjęcie Okazuje się, że Tęczowy Most jest bardzo ważnym punktem komunikacyjnym i całkiem popularnym obiektem zainteresowania wśród fotografów Tokio. Konsultacja z Google Maps potwierdziła, że to faktycznie Rainbow Bridge widać na moim zdjęciu. Sfotografowałam coś znanego, zupełnie o tym nie wiedząc. Czytaj dalej

bezsenność w Tsukubie część 1 (24-26.10.2014)

Chciałam napisać taką samą notkę, jak zwykle. Opowieść o życiu z pierwszoosobową narracją i zachowaniem porządku chronologicznego. Ale w tym tempie to ja się nigdy nie wyrobię z opisywaniem, co się tu dzieje. Nie bez powodu notka nazywa się tak, jak się nazywa: zwczyajnie nie mam czasu spać. Każda chwila się liczy, każda rozmowa wydaje się być ważna, każdy drobiazg pociąga za sobą serię innych drobiazgów, a rezultat jest zawsze co najmniej cennym doświadczeniem. Opisać to wszystko? Jak? Chyba w jakiejś książce… Zamiast opowieści więc będzie krótkie streszczenie wyjątkowo ciekawych rzeczu, okraszone zdjęciami. O zajęciach napiszę kiedy indziej, a o imprezach nikt raczej czytać nie chce 😉

Polskie jedzenie w Japonii. Nie ma to jak znajomosci ^^ wiecej szczegolow dwa akapity nizej.

Czytaj dalej

Nudny weekend w Tsukubie: impreza, Tokio, ramen i tajfun

Wtorek, 14 października, pierwsza w nocy. Za oknem szaleje tajfun. To już drugi w czasie mojego pobytu tutaj, ale pierwszy całkowicie przespałam. Ten obecny zdaje się dopiero nabierać mocy. Wiatr wydaje złowieszcze odgłosy, a ja właśnie skończyłam pracę domową na jutrzejsze zajęcia i zastanawiam się, czy przypadkiem w Japonii nie uzależniłam się od adrenaliny, skoro miniony weekend wydaje mi się dość…spokojny.

Nie wiem co to za drzewko, ale ładnie kwitło przed budynkiem, gdzie była orientacja.

Nie wiem co to za drzewko, ale ładnie kwitło przed budynkiem, gdzie była orientacja.

Jak powszechnie wiadomo, każdy porządny weekend zaczyna się w piątek po skończeniu pracy/szkoły. W moim przypadku normalnie oznaczałoby to już godzinę 10, mam bowiem tylko jedne zajęcia z pisania o ósmej czterdzieści. Ale ten piątek nie był zwyczajnym piątkiem. Oprócz zajęć mieliśmy też zaległe spotkanie orientacyjne dla programu stypendialnego JASSO AJSP (Advanced Japanese Studies Program), do którego akurat przynależę. Spotkanie to miało odbyć się w poniedziałek, ale z powodu tajfunu zostało oczywiście odwołane. Tym razem jednak nic nie stanęło na przeszkodzie. Może z jednym małym wyjątkiem: trzeba było znaleźć salę, gdzie się ono odbywa. A to wcale nie było proste. Uniwersytet ma dość skomplikowaną topografię, która wymaga poruszania się zarówno w poziomie jak i w pionie, pomiędzy wysokością „parteru” i „piętra”. Żeby trafić do budynku studiów kulturowych, trzeba zejść na „parter”, skręcić w prawo i znaleźć dobre wejście. Nie wszystkim ta sztuka się udała: Dawid się spóźnił a jedna Niemka, Nadine, w ogóle nie dała rady.

Czytaj dalej

pijany zając na drodze, ogniste kwiaty i yakuza

W Tsukubie każdy jeździ na rowerze.

To jedna z zasad, które po prostu trzeba przyjąć, gdy się studiuje w tym miejscu. Nie wiem, czy w innych częściach Kraju Kwitnącej Wiśni jest tak samo. Przypuszczam, że tak, chociaż ciężko mi wyobrazić sobie jazdę rowerem po ulicach Tokio… Tam jednak jest trochę za duży tłum na takie wyczyny. Jedno jest pewne: w Tsukubie bez roweru nie da się funkcjonować.

No bo jak można funcjonować w mieście, w którym sam kampus ma 4 kilometry długości, a żeby dojechać do centrum trzeba przejechać cały ten dystans i jeszcze trochę? Gdzie do najbliższego supermarteku szybkim tempem się od 20 do 30 minut? I na dodatek w czasie deszczu chodniki w niektórych miejscach zmieniają się w bagna albo jeziora o zawrtotnej głębokości 15 cm, z którymi nawet Martensy przegrywają?

O, tutaj sie jezdzi na rowerach. Kampus uniwersytecki, okolice wydzialu biologii (chyba).

Czytaj dalej

dzień trzeci w Japonii: jest Internet, jest nadzieja

Dzięki wam wszystkim za komentarze i wsparcie. Bardzo za wami tęsknię! Przed wami relacja z trzeciego dnia pobytu. W zasadzie jest to tylko preludium do dnia czwartego, czyli do PIERWSZEGO RAZU W TOKIO. Ale trzeba pisać po kolei i stopniować napięcie 🙂

We wcześniejszych notkach zapomniałam wspomnieć o dwóch innych przeszkodach, które mi zatruły pierwsze dwa dni w Tsukubie i sprawiły, że uznałam się za niesamowitego pechowca. Pierwsza: tymczasowy kod niezbędny do wejścia do budynku nie działał. A teoretycznie każdy powinien mieć swój…hmmm…jasne. Shota powiedział mi, żebym póki co używała kodu Jana a 1 października nam już zmienią na nasze osobiste. Zobaczymy, jak to będzie działać. Druga: nie miałam pojęcia, jak otworzyć skrzynkę pocztową. Co okazało się o tyle ważne, że jak się dowiedziałam trzeciego dnia pobytu, do tej skrzynki trafi avizo z zawiadomieniem o tym, że nasze karty do banku już przyszły. Ups. Bez karty będzie ciężko cokolwiek zrobić. Do obu tych przeszkód nawiążę za chwilę, gdyż okazało się to ważne trzeciego dnia pobytu. Który z jednej strony przyniósł mi dużo ulgi, a z drugiej – sporo stresu zupełnie nowego rodzaju. Czytaj dalej