Game Bar A-Button i rzut oka na japońskich geeków (5.09.2015)

Jadąc do Japonii nie planowałam eksplorować „mangowej” strony tego kraju. Wiadomo, fajnie się pokręcić po Akihabarze czy pojechać na Comiket (nie pojechałam — nie było mnie stać na dojazd), ale bez przesady. Skrajnym otaku przecież nie jestem. Na ironię wiec zakrawa to, w jaki sposób spędziłam jeden z ostatnich wieczorów w Tokio.

Tenten-chan i Ori poznałam na Steam Gardenie, stałyśmy w tej samej kolejce do wejścia. Dzięki tej przypadkowej znajomości impreza nabrała dodatkowych kolorów, do tego stopnia, że zdecydowałyśmy się spotkać jeszcze raz przed wyjazdem. Akurat tak się złożyło, że Tenten jedzie do Niemiec dzień po mnie, wiec to była ostatnia okazja do spotkania w trójkę.

I tak oto trafiłam ciemnymi, bocznymi uliczkami Akihabary do Game Bar A-Button.

20150905_231218

Jak można się domyślić, jest to bar głównie dla fanów gier, przede wszystkich tych retro. W wąskim i długim pomieszczeniu króluje bar obwieszony padami do chyba wszystkich rodzajów konsol na ziemi. Na ścianach pudelka z tymi konsolami i plakaty z anime. Figurki wszelakie walają się wszędzie. Dosłownie walają — jest ich tyle, ze nawet nie są specjalnie eksponowane. A na wielkim ekranie w tle nieustanne streamy — transmisje z gier online w czasie rzeczywistym.

Źródło: klik!

Czytaj dalej

8/02/2015: festiwal „Yukata de ginbura” (Ginza, Tokio)

Japońskie lato jest w każdym calu tak koszmarne, jak mnie straszono. Średnia temperatura to 35 stopni, wilgotność powietrza około 80% to norma. Zamglone od wilgoci powietrze sprawa, że każdy oddech wydaje się ciężki, każdy krok jest wysiłkiem, pot leje się strugami a bez butelki wody i ręcznika/ wachlarza/ parasolki/ wszystkiego naraz lepiej w ogóle się nie ruszać z domu. Zresztą w ogóle najlepiej nie ruszać się z domu. Chyba, że się nie ma klimatyzacji.

W dawnych czasach Japończycy starali się walczyć z tym koszmarem polewając ulic lodowatą wodą, która natychmiast zamieniała się w orzeźwiającą parę wodną. Dzisiaj rozwiązaniem jest raczej krycie się w domu, ale tradycja ta przetrwała w postaci festiwalu, którego 46. edycja odbyła się w ostatnia niedzielę w okolicach stacji Ginza w Tokio.

Nazwa festiwalu oznacza dosłownie „łażenie bez celu po Ginzie w yukacie*”. Oczywista wskazówka dla wszystkich chcących wziąć udział: przebierzcie się w yukaty! na szczęście na samy początku pobytu w Tsukubie udało mi się zdobyć jedną na uniwersyteckim garage sale, więc nie było z tym problemu. Aki** wybrała się natomiast w stroju uszytym przez jej babcię. Jak widać, tradycyjne ubrania jeszcze nie odeszły w Japonii do lamusa.

*Yukata – rodzaj lekkiego stroju, wykonanego z bawełny, używanego w dawnych czasach w Japonii jako strój domowy i kąpielowy, przy udawaniu się do publicznej łaźni (furo). Obecnie […] noszony jest w czasie letnich świąt, festiwali i różnorodnych imprez, […]w kurortach z gorącymi źródłami (onsenach). W ryokanach i hotelach są na wyposażeniu pokojów, służąc jako szlafroki i piżamy. Źródło: Wikipedia.

**Jak pomyślę, że znam się z Aki już cztery lata (poznałam ją na drugim roku studiów), a jej współlokatorkę Mio od trzech, to aż łezka się w oku kręci. Ale ten czas szybko mija.

Czytaj dalej

Tokio, 11/07/2015: girls just wanna have fun

O rany,  to była intensywna druga połowa lipca. Nie dość, że przygotowania do kolejnego koncertu E.L.L. zajęły mnóstwo czasu (ale czego się można było spodziewać po aranżacji Bohemian Rhapsody ze wszystkimi harmoniami…), to jeszcze jakiejś sile Opatrzności przypomniało się, że w sumie, to ja jestem na stypendium naukowym i powinnam się uczyć. Jednym słowem: na zmianę nauka i próby. Na dodatek słynne japońskie lato pokazuje co potrafi. A w sierpniu będzie jeszcze goręcej. I jeszcze wilgotniej. Jej.

Czasem jednak trzeba sobie zrobić przerwę od monotonii codziennego życia, nawet jeśli ta monotonia w Tsukubie jest całkiem przyjemna. I tak oto postanowiłam wybrać się do Tokio w doborowym, rosyjsko-słoweńskim towarzystwie. Miałyśmy dwa cele: kolejna z restauracji Alicjowych, tym razem w Ginzie, oraz Epson Aqua Park w Shinagawie, gdzie podobno była bardzo efektowna wystawa meduz. A ja lubię meduzy.

Tym razem, zamiast Tsukuba Expressem, pojechałyśmy do Tokio autokarem. Co oznacza, że przystankiem końcowym by dla nas historyczny Tōkyō-eki. Spacer po takim dworcu, to zwiedzanie samo w sobie.

Czytaj dalej

Tokio 26/06/2015: is this a real life, is this just fantasy…

Jak opisać specyficzny stosunek Japończyków do europejskiej kultury/popkultury? Po dłuższym namyśle stwierdzam, że…jest on analogiczny do tego, jak w Polsce niektórzy (np. ja, he he) jarają się kulturą japońską. Fascynacja narodowościami odmiennymi od naszej jest najwyraźniej dla ludzkości uniwersalna, a to, co uznamy za kulturę „odmienną” czy „egzotyczną” zależy wyłącznie od tego, gdzie nam wypadło się urodzić. W każdym razie wiele osób w Japonii ma totalnego bzika na punkcie zachodnich rzeczy. Może nie aż tylu, żeby to znać za obowiązującą normę, ale wystarczająco wielu, by było to widoczne. Oraz, by powstały miejsca, w których taki mały geek jak ja może poczuć się, jak w domu. A nawet lepiej.

Dwa dni temu wybrałam się do Tokio, Głównym celem była wystawa „Star Wars Visions”, o której dowiedziałam się od vice-szefa E.L.L. (opłaca się nosić geekowskie koszulki na spotkania). Uznałam jednak, że skoro już i tak się wybieram do tego Tokio, to można zaszaleć i pod pretekstem badań terenowych do magisterki (Alicja w krainie Czarów w kulturze/popkulturze japońskiej) zajrzeć do jednej z Alicjowych restauracji. O istnieniu całej sieci wiedziałam już od jakiegoś czasu i strasznie miałam ochotę zobaczyć chociaż jedną od środka. A że Mateja, moja cudowna koleżanka ze Słowenii, oraz jej znajoma, Neża, akurat miały w Tokio jakieś sprawy do załatwienia, to umówiłyśmy się na łażenie po Tokio razem. Wybór padł na Shibuyę ze wzgledu na wiele sklepów oraz restaurację Alice in Dancing Land (Butou no Kuni no Arisu).

Znalezienie restauracji nam trochę zajęło, wejście bowiem było sprytnie ukryte na tyłach sklepu Berschka, który zdawał się zajmować cały budynek. Tak więc, jeśli ktoś będzie chciał odnaleźć Alice in Dancing Land samodzielnie, pamiętajcie: znajdźcie budynek Berschki, przejdźcie na jego tył, i tam będzie wejście prowadzące na piętro minus jeden.

Już na wejściu dało się odczuć klimat…

…a na dole aż nam opadły szczęki.

Czytaj dalej

Juno Reactor Japan Tour – 22/05/2015 – Shibuya O-East

Mimo tego, że pobytu w Japonii nie zamieniłabym za nic na świecie, jest mi nieco smutno, że koliduje on z tegorocznym Castle Party, które zapowiada się mega epicko. Na pocieszenie jednak jedna z gwiazd festiwalu, Juno Reactor, zdecydowała się na wiosenną trasę po Kraju Kwitnącej Wiśni. Nic chyba dziwnego, że kupiłam bilet na trzy miesiące przed koncertem (z Japonią nigdy nic nie wiadomo… a nuż by się skończyły i co wtedy?).

Myślę, że wielu czytelników bloga kojarzy Juno Reactor nawet o tym nie wiedząc. Ścieżka dźwiękowa do Matrixa 2 i 3? Animatrix? Kawałek „Pistolero” z „Pewnego razu w Meksyku”? To właśnie jest Juno. Elektronika, nieziemskie wokalizy, rytm i taniec. Od paru lat Juno (prawdziwe imię: Ben Watkins) występuje z Sugizo, znanym w Japonii gitarzystą visual kei. Przypuszczam, że sława Sugizo ma niemały wpływ na organizację koncertów Juno w Japonii. I przyciąga wielu fanów.

Po trzech miesiącach oczekiwania piątek 22 maja wreszcie nadszedł. Spakowałam manatki i ruszyłam na poszukiwanie klubu, Tsutaya O-East. Albo Shibuya O-East, obie nazwy są używane niemal zamiennie. Wcale to w poszukiwaniach nie pomaga, bo różne mapy reagują na różne nazwy.

Mimo tego klub znalazłam. Ktokolwiek twierdzi, że Shibuya jest wielką dzielnicą, powinien….nie wiem. Przyjechać i zobaczyć, jaki kawał terenu jest w Warszawie uznawany za centrum. Wtedy pogadamy.
Nie ujmuję Shibuyi ani rozmachu, ani niesamowitych tłumów. Ale powierzchniowo serio nie jest olbrzymia.

Przed klubem natknęłam się na grupkę czekających osób ubranych w typowym dla Japonii nu-gotyckim stylu (porobiłabym zdjęcia, ale jednak to są ludzie a nie eksponaty) oraz na…bukiety dla Sugizo. Pierwsze skojarzenie z wieńcami żałobnymi na szczęście okazało się mylne. ^_^; Po prostu koledzy z Luna Sea zrobili gitarzyście małą niespodziankę.

Czytaj dalej

Tydzień Asiowo-Kamilowy (10-16.02.2015). Część 2 – Tokio

Witajcie wszyscy! Przed wami druga część relacji z bardzo intensywnego zwiedzania okolicy, jakie sobie zrobiliśmy z Kamilem. Zaniosło nas na dwa dni do Tokio, w większości nieznane mi wcześniej rejony. Zarówno dla mnie jak i dla Kamila było to więc ciekawe doświadczenie 😉

4.dzień czyli podróż do Tokyo. Pierwsze co musieliśmy zwiedzić to JPO – Japoński Urząd Patentowy i Narodowe centrum szkoleń własności przemysłowej. Niestety nikt nie mówił po angielsku, więc Asia zadawała pytania po japońsku. Dostałem pare cennych wskazówek (i nie polegających na pokazaniu mi gdzie są drzwi, i wyjaśnieniu jak się przez nie wychodzi i więcej nie wraca).

O. Mój. Boże. NIGDY WIĘCEJ nie pójdę do japońskiej instytucji rządowej, chyba, że to będzie absolutnie konieczne do przetrwania. Zadawanie pytań było koszmarem, na szczęście pan w okienku był dość miły. Bez urazy, Kamil, po prostu to było mega wyczerpujące.

10960186_850332385012901_1525768850125191331_o

dowód, ze tam byliśmy i nie ściemniamy

Po Urzędzie i szybkiej wizycie w siedzibie Komatsu (bez zaprośki niezbyt było wchodzić na dłużej, ale mieli ekspozycje z pokazanymi bezzałogowymi wozidłami do kopalni odkrywkowych) spacer przez Roppongi, gdzie zrobione było sporo zdjęć, mała świątynia, pierwsza wiśnia, przejście obok Pałacu Cesarskiego (remont). potem Katsudon w małej restauracyjce i kierunek na widoki z Tokyo Tower. Pozdrowienia dla pana żywego posągu 😉 Wieczorem spacer po Shinjuku z Kasią B. i noc w Manga Cafe.

Spacery po Roppongi zawsze jakoś dla mnie kończą się odkrywaniem świątyń. Nie wiem, od czego to zależy.

Czytaj dalej

Harajuku (31.12.2014)

Przyznam szczerze, dzisiaj pisanie idzie mi wyjątkowo opornie. Główną przyczyna są problem ze zdrowiem — w czwartek strzelił mnie atak alergiczny, który nie miał prawa się wydarzyć (RODZICE, NIE PANIKUJCIE, WSZYSTKO SIE DOBRZE SKONCZYLO). Śladowe ilości nie-wiadomo-czego w najprostszym ciastku na świecie i już mam praktycznie cały dzień z głowy… Jeszcze nie do końca doszłam do siebie i strasznie ciężko mi się na czymkolwiek skupić. Ale jeśli nie napisze tej notki teraz, to nie napisze jej nigdy. Tak więc koniec narzekania, zaciskam zęby i do dzieła. ^_^

Chyba każdy z nas doświadczył choć raz tej presji, że Nowy Rok należy spędzić hucznie, wesoło, tak jakby to była ostatnia impreza w naszym życiu. W Japonii sprawa wygląda nieco inaczej, tutaj jest to święto spokojne i rodzinne (zainteresowanych odsyłam do artykułu na stronie Japonia Online: klik! oraz do hasla na Wikipedii: klik!). Mało kto imprezuje, co gorsza ciężko także znaleźć imprezę na mieście. Większość Japończyków bowiem spędza ten wieczór przy rodzinnej kolacji, z toshikoshi soba w roli głównej. No i co w takiej sytuacj ma zrobic biedny samotny gaijin?

Czytaj dalej

Różne przepisy na Gwiazdkę za granica (część 2 – Asia w Tokio. 23-24.12.2014)

Witajcie wszyscy w Nowym Roku, 2015, znanym także jako Rok Owcy! Mam nadzieje, że okaże się on dla was najlepszym rokiem ze wszystkich dotychczasowych. Niech Owca będzie wam łaskawa! ^_^
Trochę się spóźniam z tą notką, zdaje sobie z tego sprawę. Przełom miesiąca to jednak zawsze dla mnie ciężki okres — nie wiem do końca czemu… może przez pełnię księżyca, która była 5 stycznia? Wiem, że nie jestem jedyną osobą, która w czasie pełni ogarniają dziwne niepokoje. Może cos w tym jest.

W każdym razie dzisiaj chciałabym kontynuować moja prywatna Opowieść Wigilijną. Tym razem zamiast o przyjaciołach (i wrogach, a przynajmniej hejterach), będę pisać o Tokio, gdzie spędziłam dwa dni. Będzie bardzo dlugo i gęsto od zdjęć, od razu uprzedzam. Cóż jednak zrobić, niektórych rzeczy nie oda nawet tysiąc słów…zdjęcia tez nie do końca się sprawdzają, ale na pewno pomogą, chociaż w części przybliżyć wydarzenia.

Święta po japońsku — praktyka (23.12.2014)

Co prawda 90% japońskich uniwersytetów, w tym Tsukuba Daigaku, nie rozciąga ferii zimowych na okres bożonarodzeniowy. Jednak zawsze można liczyć na przynajmniej jeden dzień wolny. Jest to 23 grudnia, czyli data urodzin cesarza Akihito. Tego właśnie dnia moja dobra znajoma z Tokio, Aki, zaprosiła mnie na Christmas Party. Celowo nie używam tutaj polskiej nazwy, gdyż Japończycy po prostu przyswoili sobie angielskie wyrażenie (kurisumasu paatii) a po polsku ani słowo „przyjęcie”, ani „impreza” dobrze nie oddaje charakteru spotkania. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać, ale bardzo się ucieszyłam z zaproszenia — nie ma chyba nic gorszego, niż samotna Gwiazdka. Na dodatek znam tez współlokatorkę Aki, Mio, wiec uznałam, że nie może być źle.

unnamed

Czytaj dalej