dlaczego chcę wrócić do Japonii: 10 powodów

Ponad miesiąc minął, odkąd moja noga stanęła ponownie w Krainie Ziemniaków. Powrót okazał się niewiele łatwiejszy niż przyjazd. W pierwszych dniach w Japonii dręczył mnie brak gotówki, a w Polsce – przywieziona jeszcze z Tsukuby angina. Skutki uboczne odczuwam do dziś…

Pokazuję ostatni posiłek w Japonii, by zrównoważyć pisanie o anginie.

Pierwsze dwanaście dni w Polsce spędziłam głównie na płaczu, pracy i antybiotykach. Na szczęście teraz jest już dużo lepiej – o rekonwalescencji post-japońskiej mam plan napisać niedługo na drugim blogu – ale łatwo nie było. Wiele osób nie jest w stanie tego pojąć, no bo jak to, nie tęskniłam za rodziną* ani polskim jedzeniem**? Nie mam tutaj przyjaciół, czy co***? I weź tu człowieku wytłumacz, dlaczego mimo tych wszystkich rzeczy wciąż czasem czujesz, że powrót do Polski był czystym złem?

*Sorry rodzino, niezbyt 😉 .
**To już bardziej.
***Mam przyjaciół i to zajebistych, ale oni mnie kochają i w Japonii i w Polsce. W sumie z rodziną jest tak samo.

Spróbuję wymienić kilka takich powodów, dla których tak bardzo mi na tym zależy. Kolejność przypadkowa. Uwaga: SILNY SUBIEKTYWIZM!

#1. Poczucie bezpieczeństwa. W Tsukubie chodziły ploty o tym, jak to przed zbudowaniem Tsukuba Express było to miasto o największym odsetku samobójstw. Gazety straszyły zboczeńcem zabierającym majtki dziewczynom i ciałami noworodków porzuconymi w skrytkach na dworcu. W dodatku kilku znajomym skradziono rowery. A i tak czułam się bezpieczniej w Shinjuku o 4 nad ranem, niż w Warszawie o godzinie dziesiątej wieczorem. Imprezy do trzeciej, czwartej rano na kampusie też nie były niczym niezwykłym. Mojego silnego poczucia, ze Japonia jest krajem bezpiecznym, nie sposób złamać. Może to przez tą wszechogarniającą uprzejmość ludzi?

#2. Uprzejmość ta jest zresztą następnym powodem. Nie przypominam sobie, żebym spotkała Japończyka (znajomego albo i nie) w marudnym albo ponurym nastroju, który cały czas występuje licznie na polskich ulicach. Japończycy dla mnie dzielą się na: neutralnie uprzejmych (ludzie, którzy cię nie lubią lub których nie znasz), pomocnie uprzejmych (obsługa wszędzie), życzliwie miłych (ludzie, którzy cie lubią) albo śpiący. Niektórzy z obcokrajowców narzekali, ze jest to sztuczne, ale ja w takim otoczeniu aż sama stawałam się milsza i jakoś tak…wdzięczna za to, że nie muszę się przebijać przez złowrogie wibracje.

#3. Przyjaciele. Tu chyba nie muszę nic mówić. Urwanie tylu znajomości po zaledwie roku, to zbrodnia.

#4. Poczucie świeżości. Przypuszczam, ze to uczucie zrozumie wiele osób mieszkających poza granicami swojego kraju. Ten moment, kiedy budzisz się w łóżku i nic nie jest oczywiste. Kiedy najmniejsza rzecz jest ciekawa tylko dlatego, bo wykonujesz ją w obcym języku, w miejscu, z którym nie łączy cie nic. Z wyjątkiem dziwnego splotu wypadków życiowych.
(Mała dygresja: dzięki – a może przez? – pobytowi w Tsukubie nauczyłam się patrzyć takim świeżym okiem i na Warszawę. Japonia zdaje mi się wręcz bardziej…oczywista. Nie wierzę, że tu jestem, nadal.)

#5. Herbata matcha.

#6. Brak politycznego jazgotu. UWAGA, to, co teraz piszę, nie ma nic wspólnego z poglądami, jakie reprezentuję!
Nie mogę sie oprzeć wrażeniu, że Polska jest przesycona polityką. Rozmawiają o niej wszyscy i niemal zawsze. Najczęściej w kontekście kłótni. Ciągle tylko ujadanie, szczek szczek szczek, wszyscy się by najchętniej pogryźli. Sama zresztą wcale nie jestem wiele lepsza…Ale się staram, no! Czy całe życie musi sprowadzać się do tego, kto wygra następne wybory i jak to i tak nic nie zmieni?
A w Japonii błoooooga cisza… Temat polityki istnieje jak najbardziej (ostatnie protesty studenckie przeciwko polityce obecnego premiera są na to dowodem), ale nie jest to HAŁAS. To są głosy. I to najczęściej głosy konkretne i wyważone.
A jak ktoś się nie zna i/lub nie chce gadać o polityce, to o niej nie gada. Raj.

#7. Japońscy faceci są przystojni… Ale możliwe, ze to tylko efekt egzotyki albo przyciąganie do odmiennej puli genów. 😀

#8. Przez ten rok skupiłam sie na życiu uniwersyteckim i więziach międzyludzkich. A pozwiedzać też by się przydało.

#9. Japońskie słodycze. ❤

No i najważniejsze:

#10. Bo Japonia jest największą miłością mego życia. I nic się na to nie poradzi. Shikata nai.

post Wonderland

Tydzień temu wróciłam do domu.

Cóż. Słowo „wróciłam” nie pasuje, „dom” też nie jest do końca dobrym sformułowaniem, ale niech będzie.

tumblr_npwankVkuT1tzbfwwo1_500

Obrazek stąd: klik!

Życie w Tsukubie toczyło się do samego końca. Spotkania, plany (w większości niespełnione), uśmiechy. Pożegnań było mało. Nie wydawały się potrzebne.

A potem osiemnaście godzin podróży i znajduję się w rzeczywistości, w której jeszcze rok temu czułam się jak ryba w wodzie. I czuję się, jakby ta przysłowiowa ryba utraciła swoje skrzela.

Przecież wróciłam do rodziny i do moich prze-zajebistych przyjaciół. Tych samych przyjaciół, których listy tak bardzo mnie cieszyły przez cały rok w Japonii. Mam Twittera, Facebooka i wszystko, co potrzeba do utrzymywania kontaktu z ludźmi za granicą.

A mimo to smutek szarpie.

Mówią, ze to norma po tego typu wyjazdach stypendialnych. Mówią, że wystarczy się czymś zająć a melancholia minie. Podobno smutek przechodzi z czasem.

Prawdopodobnie będzie lepiej. Ale teraz boli.

To jednak nie znaczy, że porzucę blogowanie. Po pierwsze, lubię pisać. Myślę, że będę kontynuować spisywanie myśli, jeśli nie pod tym konkretnym adresem (ten konkretny blog dobrze się sprawdza jako „Kroniki japońskie” i nie wiem, czy jest sens zaburzać go innymi rzeczami), to w jakimś innym miejscu w Sieci.
Po drugie, wciąż jeszcze zostało kilka historii do opowiedzenia.
Pisanie, to utrwalanie wspomnień. A ostatnie, czego chcę, to zapomnieć o tym roku.

Skoro teraz aż tak boli, to chyba warto pamiętać, dlaczego. 😉

wymiana myśli niebłyskawiczna

Jedno, co na pewno odkryłam na nowo w Japonii, to życie analogowe. Cały pierwszy miesiąc bez Internetu w pokoju. Niemożliwe? Ale jednak jakoś się dało przeżyć, nawet bloga pisałam (z International Students Center albo z biblioteki). Dawałam sobie radę, mimo że wszyscy znajomi umawiali się na wszystko za pomocą facebooka. Ale cóż, bezczelnie dopominałam się o informowanie mnie i bezczelność się często opłacała.

Po pierwszym miesiącu ogarnęłam Internet do pokoju i wróciłam do komfortu korzystania z fejsów, Instagramów i innych takich..Przy okazji pozdrawiam wszystkich, którzy mnie budzą wiadomościami o czwartej rano (głupia różnica strefy czasowej). Jeden zwyczaj z tamtego burzliwego okresu jednak przetrwał.

Wciąż bardzo chętnie i namiętnie wymieniam ze znajomymi listy.

Tyle, ile listów wysłałam i otrzymałam, to chyba nie policzę. Musiałam sobie kupić osobne pudełko na otrzymaną korespondencję… Pomijam nawet fakt, że całkiem sporo pocztówek wisi obecnie u mnie na ścianie w ramach dekoracji. Trudno się dziwić, wiele z nich jest po prostu prześlicznych. Zdarzają się nawet ręcznie malowane (pozdrawiam Ewę!).

Listy też bym pewnie wieszała, ale trochę nie wypada tak po prostu zostawiać czyichś myśli na wierzchu. Co nie zmienia faktu, ze czasem kusi. Listy są po prostu…ładne. Papeteria, koperty, każdy z nich jest jedyny i niepowtarzalny w swojej estetyce.

Czytaj dalej

wielokulturowość

Shoukai – wprowadzenie

Miałam pisać o czymś innym. Święta się zbliżają wielkimi krokami, a wraz z nimi pierwsze spotkania świąteczne i pierwsze refleksje na temat różnic w obchodzeniu Gwiazdki. O tym też napiszę niedługo. Ale nie dziś. Dzisiaj właśnie zdarzył się kolejny „normalny dzień w Japonii”. Co oznacza przypał, dużo ciekawych rozmów i pysznego jedzenia. A w promocji dostaliśmy japońskiego Świętego Mikołaja tańczącego boso po izakai.

Naiyou – treść

Tim Scanlan

Tim Scanlan

Umówiłyśmy się dzisiaj z koleżanką na koncert muzyki celtyckiej, o którym dowiedziałyśmy się na zajęciach z Media and Gender. Koleżanka pochodzi ze Słowenii i nazywa się Metka (urocze ^_^). Przyprowadziła ze sobą znajomego z Wenecji, Lucę, który okazał się bardzo otwartym i sympatycznym osobnikiem. Jeśli chodzi o sam koncert, ku naszemu zaskoczeniu był on poprzedzony dość obszernym wykładem po japońsku. Mõj pierwszy wykład w tym języku, odkąd przyjechałam do Tsukuby. Na szczęście był dość ciekawy i niezbyt trudny. A sam koncert był stuprocentowo pozytywnym doświadczeniem. Okazało się, że nasz wykładowca, Toshi Bodhran, gra na irlandzkim bębenku i trochę stepuje. Jednak głównym muzykiem popołudnia był zaproszony specjalnie do Tsukuby Tim Scanlan – Kanadyjczyk, który kocha muzykę celtycką, irlandzką i kanadyjską. Gra na gitarze, harmonijce i na wzór francuskich Kanadyjczyków stepuje do rytmu. Razem z Toshim orzez godzinę grali różne tradycyjne celtyckie kawałki, i powiem wam jedno: nie sposób było utrzymać nóg w miejscu. Nie rzuciłam się wprawdzie do tańca ale ostro stepowałam do rytmu, i nie byłam w tym osamotniona. Zachęcam do zapoznania się z ich twórczością: klik!

Toshi Bodrhan.

Toshi Bodrhan.

Samo to by wystarczyło, żeby uznać dzień za udany. Ale nastąpiła tajemnicza wymiana myśli między studentami, którzy mieli ochotę na piwo, i Timem, który też miał ochotę na piwo. W związku z tym organizator wykładu -tutejszy profesor literatury amerykańskiej (Japończyk) musiał zmienić nieco plany i po pół godziny przekonywania wszyscy ruszyliśmy do pobliskiej izakai. Spędziliśmy tam parę godzin pijąc piwo, rozmawiając na najróżniejsze tematy i jedząc pyszne rzeczy, które pojawiały się….nie wiadomo skąd. W końcu większość grupy opuściła lokal, podczas gdy my z Lucą i Metką zdecydowaliśmy się zostać i dopić nasze piwa. Przy pożegnaniu dowiedzieliśmy się, że profesor zapłacił cały rachunek… podziękowaliśmy mu w ukłonach, nie mogąc do końca uwierzyć we własne szczęście. Posiedzieliśmy jeszcze trochę nad piwem, wygłupiając się i obserwując bardzo głośne przyjęcie obok. Obserwacja chyba była odzwzajemniona: najpierw podszedł do nas bardzo podchmielony bosy Święty Mikołaj, pytając się o nasze narodowości, a gdy już mieliśmy wychodzić, nagle zmaterializowało się przed nami dwóch innych imprezowiczów. Bez rozmowy się obejść nie mogło… chociaż ja rozmawiałam tylko z jednym z nich. Co jest dość podejrzane w japońskich warunkach*. Ciekawe, czy faktycznie do mnie napisze po świętach, jak obiecał. XD

Czytaj dalej

how to say something and remain silent

Dzisiaj nie jest dobry dzień. Gardło mnie boli, czuję się łagodnie mówiąc do kitu, darmowa klinika dla studentów ma wolne do 10 listopada a na dodatek bilety na koncert, na który chciałam iść się wyprzedały. Aha,  przez przeziębienie przegapię jutro festiwal momiji, no bo nie sądzę, żeby jazda na górę Tsukuba była w tym momencie najmądrzejszym pomysłem na świecie.

Takie dni zdarzają się wszędzie i każdemu ale… Jakoś przez to mam teraz taki marudny nastrój. Dlatego też zamierzam ponarzekać sobie trochę na blogu. Nie na temat przeziębienia, o tym wolę w miarę możliwości nie myśleć. Zamiast tego pomarudzę trochę na temat pisania, sekretów i dylematów twórczych. Bezsenność w Tsukubie część druga musi poczekać.

10 minut po tym, jak wrzuciłm link do notki na Facebooka, dostałam wiadomoś od Saszy "jesteśchora? Dostałem lekarstwo od znajomej z Kazachstanu i mi pomogło, powiedz jaki masz numer pokoju, to ci wrzucę do skrzynki". NIGDY się nie przyzwyczaję do tego, że Ukraińcy tak dobrze rozumieją polski! XD cała notatka tylko nabrała na aktualności... ale z drugiej strony to było miłe, nie przeczę <3

10 minut po tym, jak wrzuciłm link do notki na Facebooka, dostałam wiadomoś od Saszy „jesteśchora? Dostałem lekarstwo od znajomej z Kazachstanu i mi pomogło, powiedz jaki masz numer pokoju, to ci wrzucę do skrzynki”. NIGDY się nie przyzwyczaję do tego, że Ukraińcy tak dobrze rozumieją polski! XD cała notatka tylko nabrała na aktualności… ale z drugiej strony to było miłe, nie przeczę ❤

Czytaj dalej