Rock’n’roll lifestyle po japońsku

Większość zagranicznych studentów w Japonii imprezuje i podróżuje. Albo uczy się i podróżuje. Czasami są takie sytuacje, ze nie podróżują w ogóle, bo się muszą uczyć/imprezować. A ja stwierdziłam, że chrzanię powyższe opcje i angażuję się w pełni w działalność mojego klubu studenckiego, Electric Lady Land. W końcu na podróże po Japonii zawsze będę mogła zaoszczędzić w Polsce. A typowo japońskie klubowe doświadczenie? Drugiej szansy może nie być.

I uważam, ze to była dobra decyzja. Mimo że wiele osób kręciło głową „Aśka, co ty w tym widzisz?”. Mimo że po czerwcowym koncercie zostałam jedyna zagraniczną studentką w klubie, gdyż reszta się po prostu wykruszyła. Mimo że czasem miałam ochotę wyć w poduszkę, bo mimo dużych chęci pewnych problemów komunikacyjnych się przeskoczyć nie da, a ja nie zmienię się magicznie w Japonkę i nie wtopię się w tłum, sorry, nie da rady.

Satysfakcja ze śpiewania przebija wszystko.

Apogeum muzykowania nastapiło 22 sierpnia, kiedy to na uniwerku odbył się mini-festiwal klasycznego rocka, Matsumi Woodstock. Piszę „mini”, bo w tym roku i ludzi było mało i zespołów się zgłosiło tylko osiem. Może po prostu data niezbyt trafiona? Podobno w zeszłym roku, kiedy festiwal odbywał się 8 sierpnia, było dużo lepiej. Ale szczerze, dla mnie to nie miało większego znaczenia. 😉

Pomysł na cover band Jefferson Airplane narodził się jeszcze w maju. Jakiś chłopak mnie zagadał w czasie pokoncertowego nomihoudai, czy znam ten zespół i był mega zachwycony faktem, że owszem znam i nawet potrafię zanucić White Rabbit. Niestety, zupełnie nie zapamiętałam twarzy tajemniczego fana i dopiero na następnym nomihoudaiu miesiąc później uparłam się, ze go znajdę (alkohol i adrenalina po pierwszym występie wybitnie pomogły). I się udało!

Z wielu różnych powodów ustaliliśmy, ze wystąpimy z tym zespołem właśnie na Matsumi Woodstock. Szukanie członków zespołu się trochę przeciągnęło, najgorzej było z perkusją. Na szczęście jedna z pierwszorocznych dziewczyn, Yuri, polubiła mnie na tyle, by powiedzieć „fajnie by było razem zagrać w zespole” a ja to niecnie wykorzystałam.

„We are Jefferson Airplane”. Od lewej: Sasajima (gitara rytmiczna), Onoken (bas), Takahashi (gitara prowadząca), ja (wokal), Yuri-chan (perkusja)

Czytaj dalej

Electric Lady Land

Czas w końcu napisać o tym, co od miesiąca skutecznie powstrzymuje mnie od nauki, jeżdżenia do Tokio…generalnie o tym,co dość mocno zawładnęło ostatnio moim życiem. Ci z czytelników, którzy rozmawiają ze mną regularnie, na pewno już wiedzą, o co chodzi… bo o niczym innym ostatnio nie mówię.

Muzyczny klub studencki. Electric Lady Land. miejsce, gdzie przynajmniej w jakimś stopniu mogę spełnić swoje marzenia o byciu na scenie.

logo

E.L.L. to jeden z pięciu keion saakuru w Tsukubie. Słowo keion (軽音) oznacza dosłownie „lekką muzykę” i obejmuje w zasadzie cały obecny mainstream muzyczny, włącznie z tym metalowym. Klub studencki keion zaś skupia się na..graniu takiej muzyki. Do tego, wiadomo, potrzebne są zespoły (głównie cover bandy) i ludzie w nich występujący: gitarzyści, perkusiści, i tak dalej. Wokaliści też się przydają.

Przez cały semestr zimowy sobie snułam plany, że jak przyjdzie wiosna i zaczną się nabory do klubów studenckich, to może….może spróbuję w czymś takim sił. Padło na E.L.L., bo miał dogodną porę spotkań. Przypadkiem okazał się to największy i najbardziej ogólny klub tego typu, inne są dużo bardziej…metalowe. A tutaj jest każdy rodzaj rocka, od Led Zeppelin poprzez j-rocki do Rage Against The Machine.

Cały kwiecień chodziłam na koncerty i spotkania jedzeniowe, które miały za zadanie przyciągnąć nowych członków (video zmontowane z fragmentów tych koncertów powyżej). Im dłużej tak chodziłam, tym bardziej miałam ochotę spróbować sama. Zwłaszcza, że…zaczęłam powoli poznawać ludzi. No i jakoś tak…przypadło mi do gustu to towarzystwo. W tym roku gaijinów dołączyła czwórka (ja, Maksiu,oraz dwójka Rosjan: Tima i Katia), ale poza tym po raz pierwszy w Tsukubie serio poczułam się…no, jak w Japonii. Cały czas z Japończykami, w większości po japońsku. Ale cały czas poruszając się w znanych i lubianych kręgach zainteresowań.

Poniższe zdjęcia pokazują zaledwie ułamek z tej nowej, towarzyskiej karuzeli.

Czytaj dalej

Juno Reactor Japan Tour – 22/05/2015 – Shibuya O-East

Mimo tego, że pobytu w Japonii nie zamieniłabym za nic na świecie, jest mi nieco smutno, że koliduje on z tegorocznym Castle Party, które zapowiada się mega epicko. Na pocieszenie jednak jedna z gwiazd festiwalu, Juno Reactor, zdecydowała się na wiosenną trasę po Kraju Kwitnącej Wiśni. Nic chyba dziwnego, że kupiłam bilet na trzy miesiące przed koncertem (z Japonią nigdy nic nie wiadomo… a nuż by się skończyły i co wtedy?).

Myślę, że wielu czytelników bloga kojarzy Juno Reactor nawet o tym nie wiedząc. Ścieżka dźwiękowa do Matrixa 2 i 3? Animatrix? Kawałek „Pistolero” z „Pewnego razu w Meksyku”? To właśnie jest Juno. Elektronika, nieziemskie wokalizy, rytm i taniec. Od paru lat Juno (prawdziwe imię: Ben Watkins) występuje z Sugizo, znanym w Japonii gitarzystą visual kei. Przypuszczam, że sława Sugizo ma niemały wpływ na organizację koncertów Juno w Japonii. I przyciąga wielu fanów.

Po trzech miesiącach oczekiwania piątek 22 maja wreszcie nadszedł. Spakowałam manatki i ruszyłam na poszukiwanie klubu, Tsutaya O-East. Albo Shibuya O-East, obie nazwy są używane niemal zamiennie. Wcale to w poszukiwaniach nie pomaga, bo różne mapy reagują na różne nazwy.

Mimo tego klub znalazłam. Ktokolwiek twierdzi, że Shibuya jest wielką dzielnicą, powinien….nie wiem. Przyjechać i zobaczyć, jaki kawał terenu jest w Warszawie uznawany za centrum. Wtedy pogadamy.
Nie ujmuję Shibuyi ani rozmachu, ani niesamowitych tłumów. Ale powierzchniowo serio nie jest olbrzymia.

Przed klubem natknęłam się na grupkę czekających osób ubranych w typowym dla Japonii nu-gotyckim stylu (porobiłabym zdjęcia, ale jednak to są ludzie a nie eksponaty) oraz na…bukiety dla Sugizo. Pierwsze skojarzenie z wieńcami żałobnymi na szczęście okazało się mylne. ^_^; Po prostu koledzy z Luna Sea zrobili gitarzyście małą niespodziankę.

Czytaj dalej

road trippin’ with scar tissue

Ta notka miała być w ogóle o czym innym. Od jakiegoś czasu się zbieram, żeby napisać o moim najnowszym…projekcie? śnie na jawie? pasji? Bo nie wiem do końca, jak nazwać moje bycie w klubie muzycznym. Poza tym, ze jest to dla mnie ogromnie ważna rzecz na wielu, wielu płaszczyznach. (A niby to tylko głupi klub studencki…)

Ale trafiłam na list wysłany do Wysokich Obcasów, i jeden cytat uderzył mnie z siłą porównywalną do przyciągania czarne dziury.

Mało pisze się o tym, ile kosztują takie ciągłe przeprowadzki. Jak ciężko jest zostawić swoje nowe życie. Faceta. Przyjaciół i znajomych. Pracę. Miejsca, które dopiero co pokochałaś. Obcą walutę w portfelu i stopnie Fahrenheita w prognozie pogody.

W każdym miejscu, w którym kiedykolwiek mieszkałaś, zostawiasz na zawsze cząstkę siebie. Dalej przemieszczasz się już bez niej, okaleczona.

Tak. Miliard odcieni tak.
Wydaje mi się, że u mnie na blogu czasem pojawia się ten problem rozdarcia, ciągłego bycia równocześnie tu i tam. Ostatnio jednak, może właśnie z powodu tej nowej pasji, ten problem nagle przybrał zupełnie nowe oblicze.

A może po prostu to kwestia charakteru? Nie jestem podróżnikiem z natury, lubię gdzieś przyczaić się na dłużej i dokładnie dane miejsce poznać. Przelotne widoki nie są dla mnie. Przywiązuję się. Za bardzo.

Bo przecież będę musiała to wszystko zostawić i wrócić do Polski. Zostawić nowych przyjaciół, zostawić przyjaciół wcześniejszych, zostawić chłopaka, zostawić swoje życie, które jest tu tak piękne. Nie rozwinę nawet połowy projektów, które bym chciała tu rozwinąć.

A równocześnie… Tak po dziecinnemu chcę się przytulić do mamy i taty. I zobaczyć moich przyjaciół z całej Polski. Pojechać z nimi na koncerty, wracać o trzeciej w nocy drugą linią metra, którą nawet nie miałam okazji się przejechać. Chcę kupić konwalie, zjeść prawdziwy żurek i kilo jabłek za 3 złote. Pojechać na Castle Party. Najlepiej Pendolino. Też jeszcze nie jechałam.

Chcę wrócić do domu. Nie chcę wyjeżdżać z domu.

Jeszcze tylko trzy miesiące do jednego i drugiego.

Tak mało czasu na wszystko.

Są takie momenty, kiedy myślę „lepiej by było nie wyjeżdżać”. Czy wszystkie te doświadczenia są warte życia z nieustannym brakiem czegoś? Kawałkiem serca na drugim końcu świata? I to się nie zmieni, bo nawet, gdybym została w Polsce….albo w Japonii…zawsze będę mieć świadomość, że to nie jest wszystko.

A z drugiej strony nigdy, przenigdy nie czułam się tak szczęśliwa, jak czasami bywam szczęśliwa tutaj. Mimo wyrwy w sercu nieustannej. Rok temu nawet nie marzyłabym o takim stanie ducha.

I tak to się toczy. Jutro test z gramatyki. Pojutrze festiwal na uczelni. Proza życia. Tak też trzeba umieć.

PS. jak to zwykle bywa, uzupełniam swój tok myślenia tekstami piosenek…i myśleniem w trzech albo i więcej językach na raz. to też jeden z uroków mieszkania za granicą…w pewnym momencie się przestaje rozróżniać.

O rany.

20140829_150209

Wczoraj około 11 do domofonu zadzwonił listonosz. Nikt nie miał wątpliwości, dla kogo niesie przesyłkę. Zdenerwowana odebrałam wielką kopertę od listonosza i moje przypuszczenia sie potwierdziły.

Przyjechały dokumenty z Japonii. A to oznacza jedno: trzeba się wziąć za załatwianie formalności. Czytaj dalej