potykając się komunikacyjnie

Fragment rozmowy ze znajomą na Facebooku:

Wiem, ze studiowałaś ten język przez 4 lata wcześniej. To było wystarczające, żeby moc się swobodnie komunikować?
Ummmmmm, nie bardzo. Tzn komunikować się dało, ale dopóki się nie przyłączyłam do klubu, robiłam masę błędów i bardzo ciężko mi szlo tłumaczenie myśli.
Po trzech miesiącach intensywnego integrowania się jest dużo lepiej. Ale wciąż to nie to, co angielski czy hiszpański. Używając japońskiego nie da się mówić tymi samymi kategoriami czasem
Poza tym różnice kulturowe mimo wszystko są i są dla mnie mega odczuwalne czasem.
Tak, słyszałam, ze ten język jest strasznie upstrzony zwrotami grzecznościowymi, przez co powstaje duży dystans pomiędzy rozmówcami.
Dają Ci cały czas odczuć, ze jesteś gaijinka?
To nawet nie chodzi o zwroty grzecznościowe…hmm jakby to… w tym języku nie istnieje coś takiego jak mówienie wprost.
Tzn. istnieje ale nie jest zbyt dobrze widziane.
Ostatnio nad moją wiadomością do znajomego dyskutowało sześć osób, jak ją uczynić bardziej japońską, bo to, co napisałam brzmiało jakbym się gniewała na niego xD wg nich przynajmniej.
(Coz, jak ktoś nie przychodzi na próby, to w sumie mam powód, ale akurat zupełnie nie o to mi chodziło tym razem…*headdesk*)
xD
Co do odczuwania gaijinstwa – zależy kto. Czasem tak, czasem przypadkiem powstają mega rozdźwięki, ale czasem jest zupełnie spoko
Chyba w każdej odmiennej kulturze byłoby podobnie…

Rozmowa ta miała miejsce jakieś dwie godziny po zajęciach z kanadyjskiego teatru, na których zupełnym przypadkiem omawialiśmy m. in. problemy komunikacji międzykulturowej. Gdy padło pytanie o nasze własne sukcesy/porażki komunikacyjne, moje usta wypaliły bez większego udziału mózgu:

– Zawsze gdy mówię po japońsku, to się czuję, jakbym była na krawędzi porażki…

Po czym wspomniałam o tym, jak to w klubie zawsze mam problem z japońskim. Bez wymieniania konkretnych przypadków, bo serio, dużo by ich było… Nawet jeśli to nie są porażki, to przynajmniej dosyć spore trudności. Czasem z wysłowieniem się a czasem ze zrozumieniem innych. (Zresztą, jeden przykład padł w przytoczonej wyżej rozmowie.)

Podchwyciłam katem oka, że Sho, który zupełnym przypadkiem również jest członkiem E.L.L., patrzy się na mnie z zagadkowym półuśmiechem. Natasza zinterpretowała to, jako zaintrygowanie. Mi się wydawało, że to był półuśmiech zrozumienia.

Cóż, w klubie Sho jest aktywny, głośny i mega wesoły, na zajęciach natomiast poważny i bardzo cichy. Zajęcia są po angielsku, może to ma na niego jakiś wpływ. Ja na zajęciach jestem mega wyluzowana, głośna i aktywna, w klubie… zależy, ale generalnie zachowuje się tam dużo spokojniej. Zajęcia po angielsku zdecydowanie maja na mnie wpływ. Tylko że odwrotny, niż na Sho.

Ah ta komunikacja międzykulturowa.

PS. Związek tekstu piosenki z moimi uczuciami bardzo powierzchowny. Led Zeppelin, to element mojej playlisty E.L.L., plus przynajmniej powierzchownie pasuje 😉
PS2. Wyjaśnienie dla rodziców: headdesk, to angielskie słowo oddające moment, gdy ktoś opuszcza ze stukiem głowę na stół. Pozdrawiam was, rodzice.

o partykule „no” i grupach krwi

…czyli skąd taki a nie inny adres i tytuł bloga.

Zacznijmy od tytułu, a konkretniej od tajemniczego no, które się w nim znajduje.

Dowiedziałam się dziś, że części moich znajomych, że kojarzy się z angielskim odpowiednikiem naszego polskiego „nie” oraz że tytuł bloga zdaje się nie mieć sensu. Chciałabym tutaj skorygować owo wrażenie.

Słówko no pochodzi z języka japońskiego i jest jedną z najczęsciej używanych partykuł. Japoński język nie uznaje takich kategorii jak liczba, rodzaj czy deklinacja, w związku z tym określanie powiązań logicznych słów w zdaniu spada właśnie na partykuły. W przypadku no tych ról jest kilka, ale najłatwiej myśleć o tym słowie jako o odpowiedniku angielskiego of. Należy tylko pamiętać, że kolejność słowa określanego i określającego w japońskim jest odwrotna do tej angielskiej. Czytaj dalej