Sierpniowa pocztówka: wiejska strona Tsukuby

Tak jakoś wyszło, że przez te wszystkie fajne rzeczy, które ostatnio opisywałam na blogu, prawie zupełnie nie mam kasy.
Bankructwo studenckie. Po raz pierwszy w moim życiu. Ciekawie.
A raczej właśnie nie „ciekawie”, tylko okropnie nudno. Ostatni miesiąc w Japonii, a przez dwa tygodnie nie mogę prawie nic zrobić, no…
Ale przyznaję: moja wina. Trzeba było lepiej pilnować wydatków.

A poza tym nawet spłukana studentka wcale nie musi się nudzić.

Ot, wystarczy na przykład pójść na spacer.

Spacerowanie jest lepsze od jeżdżenia na rowerze, bo pozwala dojrzeć więcej szczegółów. I można się spokojnie zatrzymać, żeby porobić zdjęcia.

To jeszcze jest teren uniwerku. Z polem kukurydzy. Mamy pole kukurydzy na uniwerku 😀

Ah te świątynie shinto. Zawsze się znajdzie jakąś, prędzej czy później. Człowiek przestaje nawet zwracać uwagę.

Czytaj dalej

Eksploracja terenow podmiejskich – gora Tsukuba (18/10/2014)

Nareszcie mam Internet w pokoju! Dzięki informacjom dostarczonym przez Marca i wyrzeczeniom jedzeniowym mogłam zakupić sobie router i od wczoraj cieszę się Wi-Fi dostępnym we własnym pokoju. Mam nadzieję, że wpłynie to pozytywnie na częstotliwość pojawiania się notek na blogu. Chociaż nie mogę tego obiecać na sto procent: ostatnio albo robię ciekawe rzeczy (wycieczki, zajęcia, imprezy, itp.), albo zwyczajnie te ciekawe rzeczy odsypiam. Ale staram się, jak tylko mogę. ^_^
Dzisiaj chciałabym zaprezentować zaległą relację z wycieczki na górę Tsukuba. Ponownie notka będzie się skupiać raczej na zdjęciach niż tekście. Ale czasami jedno dobre zdjęcie potrafi przekazać więcej, niż choćby najpięknijeszy opis. A zadaniem, które sobie wyznaczyłam poprzez prowadzenie tego bloga, jest wierne przedstawienie Japonii, nie słowna ekwilibrystyka.

Wyruszyliśmy w sobotę około dziesiątej rano, przy czym nie wiem czemu organizatorzy wycieczki, Marc i Andre spóźnili się najbardziej (przecież nie przez imprezę poprzedniego wieczora, na pewno nie…ale z drugiej strony pół godziny, to nie jest aż tak dużo). Jak się okazało, znakomita większość uczestników i uczestniczek wyprawy była pochodzenia niemieckiego. Nigdy wcześniej nie przebywałam dłużej w grupie osób, których języka nie znam…. I okazało się to nieco frustrujące. Takie marudzenie samozwańczej poliglotki. Na szczęście oprócz Niemców w wycieczce brali też udział Adam z Anglii, Oscar z Holandii i Japończyk Ryo, tak więc nie byłam osamotniona w przypominaniu o konieczności używania angielskiego.

Bo czym by byla wycieczka bez selfie robionej na rowerze…nie wiem, czy wyczuwacie moj sarkazm.

Czytaj dalej