8/02/2015: festiwal „Yukata de ginbura” (Ginza, Tokio)

Japońskie lato jest w każdym calu tak koszmarne, jak mnie straszono. Średnia temperatura to 35 stopni, wilgotność powietrza około 80% to norma. Zamglone od wilgoci powietrze sprawa, że każdy oddech wydaje się ciężki, każdy krok jest wysiłkiem, pot leje się strugami a bez butelki wody i ręcznika/ wachlarza/ parasolki/ wszystkiego naraz lepiej w ogóle się nie ruszać z domu. Zresztą w ogóle najlepiej nie ruszać się z domu. Chyba, że się nie ma klimatyzacji.

W dawnych czasach Japończycy starali się walczyć z tym koszmarem polewając ulic lodowatą wodą, która natychmiast zamieniała się w orzeźwiającą parę wodną. Dzisiaj rozwiązaniem jest raczej krycie się w domu, ale tradycja ta przetrwała w postaci festiwalu, którego 46. edycja odbyła się w ostatnia niedzielę w okolicach stacji Ginza w Tokio.

Nazwa festiwalu oznacza dosłownie „łażenie bez celu po Ginzie w yukacie*”. Oczywista wskazówka dla wszystkich chcących wziąć udział: przebierzcie się w yukaty! na szczęście na samy początku pobytu w Tsukubie udało mi się zdobyć jedną na uniwersyteckim garage sale, więc nie było z tym problemu. Aki** wybrała się natomiast w stroju uszytym przez jej babcię. Jak widać, tradycyjne ubrania jeszcze nie odeszły w Japonii do lamusa.

*Yukata – rodzaj lekkiego stroju, wykonanego z bawełny, używanego w dawnych czasach w Japonii jako strój domowy i kąpielowy, przy udawaniu się do publicznej łaźni (furo). Obecnie […] noszony jest w czasie letnich świąt, festiwali i różnorodnych imprez, […]w kurortach z gorącymi źródłami (onsenach). W ryokanach i hotelach są na wyposażeniu pokojów, służąc jako szlafroki i piżamy. Źródło: Wikipedia.

**Jak pomyślę, że znam się z Aki już cztery lata (poznałam ją na drugim roku studiów), a jej współlokatorkę Mio od trzech, to aż łezka się w oku kręci. Ale ten czas szybko mija.

Tuż przed wyjściem Aki i Mio niemalże wcisnęły mi parasolkę przeciwsłoneczną zauważając, ze o tej porze Ginza będzie nie do wytrzymania. I miały rację. Gorąco promieniowało z betonu ulicy, a słońce oślepiało i dezorientowało. przez co na początku nie bardzo ogarniałam, co robimy i po co te kolejki po pomarańczowy papier i bilet.

Jak się okazało, pomarańczowy papier był kartą odpowiedzi do quizu na temat dzielnicy. Odpowiedzi należało znaleźć w trakcie przechadzania się po dzielnicy, a wypełniony kwestionariusz (oprócz pytań do quizu była tam jeszcze krótka ankieta demograficzna) wymieniało się na prezenty sponsorowane przez okoliczne sklepy. Oczywiście,oprócz quizu było całkiem sporo innych rzeczy do podziwiania, np. występy dziecięcej grupy taiko,

wystawa złotych rybek z akwarium Sumida,

oraz rzeźby z lodu i inne stoiska, których ni miałam jak sfotografować, bo parasolka ograniczała mi ruchy. Bez wątpienia jednak główną atrakcja były tłumy pań i panów w każdym wieku przebranych w yukaty. Wszelkie atrakcje i konkursy bowiem były dostępne tylko dla tych, którzy byli ubrani w tradycyjne stroje japońskie. A zamiast opłat podsuwano puszki z datkami na rzecz ofiar trzęsienia ziemi z 2011 roku.

Po odebraniu naszych nagród (w moim przypadku: kupon na 1000 jenów do restauracji sushi, w przypadku Aki: 8 „Beauty drinks” marki Shiseido) udałyśmy się na lunch. Dobrze było móc schronić się na chwilę przed żarem ulicy i zjeść coś dobrego. Zanim jednak przybył zamówiony posiłek, nadszedł czas na wykorzystanie biletu. Uprawniał on do własnoręcznego pomalowania furinu***, który można było potem zabrać ze sobą do domu na pamiątkę.

***Więcej na temat furinu tutaj: klik!

Opuściłyśmy zatem restaurację, żeby ozdobić swoje własne dzwoneczki. Nie było to łatwe, gdyż szklaną bańkę należało malować…od wewnątrz (w sumie logiczne, malunek po zewnętrznej stronie szkła spłynąłby przy pierwszym deszczu). Dlatego też było mi bardzo miło, gdy jeden z pilnujących stoiska pomocników pochwalił moje skromne dzieło. Prawdopodobnie chciał być tylko uprzejmy, ale i tak fajnie.

Malowanie zajęło nam około 15 minut, więc jedzenie, które zdążyło przyjść w czasie naszej nieobecności, nie zdążyło nawet wystygnąć. A pamiątka z festiwalu jest 🙂

Po jedzeniu przyszedł czas na najważniejszy punkt dnia, czyli polewanie ulicy wodą. Długi rząd ludzi w yukatach z cerberkami pełnymi wody robił niesamowite wrażenie. Wszyscy tylko czekali na znak, żeby móc zrobić wielkie „chlup!”

Zdjęcie z artykułu Yahoo! News o festiwalu.

„Chlup” było radosne i mokre, a biedny człowiek, który dal nam znak stojąc na środku ulicy skończył całkowicie przemoczony. Trzeba przyznać, że tradycyjny sposób ochładzania jest całkiem skuteczny: bijąca para wodna z ulicy faktycznie orzeźwiała.

Przed powrotem nie mogło zabraknąć zdjęć pamiątkowych w charakterystycznym punkcie Ginzy. Noszenie yukat trzeba uwiecznić.

Czy ja już wspomniałam, że to był mój pierwszy raz, gdy chodziłam w Japonii w yukacie? A wcześniej zdarzyło mi się to tylko parę razy w Polsce na jakiś japońskich eventach i nigdy nie trwało to długo. Ten strój nie należy do najwygodniejszych na świecie. Owszem, gwarantuje komfort termiczny, i owszem, jest wygodniejszy od oficjalnego kimona, ale ten wąski dół, który sprawia, ze trzeba dryptać małymi kroczkami w japonkach****… Na dodatek ze względu na moją wybitnie europejską figurę (szerokie biodra) wygląda na mnie co najmniej dziwacznie. Ale cóż, jak klimat to klimat 😉

****Ciekawostka: w Rosji na japonki mówi się „wietnamki”. 

Przed powrotem dziewczyny jeszcze postanowiły odwiedzić super sławną piekarnię w Ginzie. Niebyły jedynymi, które wpadły na ten pomysł po festiwalu, musiałyśmy więc zaczekać w kolejce. Ja postanowiłam zaczekać na zewnątrz, oczywiście obowiązkowo chroniąc się pod parasolką.

Pomimo strasznego upału cieszę się, że Aki zaprosiła mnie na ten festiwal. Chodzenie w yukacie było ciekawym doświadczeniem, a poza tym miło doświadczyć tradycyjnej japońskiej atmosfery. Jakoś moje przygody w Tsukubie i tradycje japońskie się nieco ze sobą rozmijają. Badania popkultury i Japonii współczesnej wpływają również na moje wybory poza-naukowe (Comiket zamiast festiwalu Obon…już za dwa tygodnie, yay ❤ ). Przynajmniej moja przyjaciółka pilnuje za mnie, żebym coś tam z tej tradycyjnej Japonii zobaczyła.

2 myśli w temacie “8/02/2015: festiwal „Yukata de ginbura” (Ginza, Tokio)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s