Tokio, 11/07/2015: girls just wanna have fun

O rany,  to była intensywna druga połowa lipca. Nie dość, że przygotowania do kolejnego koncertu E.L.L. zajęły mnóstwo czasu (ale czego się można było spodziewać po aranżacji Bohemian Rhapsody ze wszystkimi harmoniami…), to jeszcze jakiejś sile Opatrzności przypomniało się, że w sumie, to ja jestem na stypendium naukowym i powinnam się uczyć. Jednym słowem: na zmianę nauka i próby. Na dodatek słynne japońskie lato pokazuje co potrafi. A w sierpniu będzie jeszcze goręcej. I jeszcze wilgotniej. Jej.

Czasem jednak trzeba sobie zrobić przerwę od monotonii codziennego życia, nawet jeśli ta monotonia w Tsukubie jest całkiem przyjemna. I tak oto postanowiłam wybrać się do Tokio w doborowym, rosyjsko-słoweńskim towarzystwie. Miałyśmy dwa cele: kolejna z restauracji Alicjowych, tym razem w Ginzie, oraz Epson Aqua Park w Shinagawie, gdzie podobno była bardzo efektowna wystawa meduz. A ja lubię meduzy.

Tym razem, zamiast Tsukuba Expressem, pojechałyśmy do Tokio autokarem. Co oznacza, że przystankiem końcowym by dla nas historyczny Tōkyō-eki. Spacer po takim dworcu, to zwiedzanie samo w sobie.

Pomimo słońca, które już wtedy zaczęło nam mocno przygrzewać, postanowiłyśmy przespacerować się do restauracji na piechotę. A to oznaczało przejście całkiem sporego kawałka Ginzy, jednej z najbardziej eleganckich dzielnic Tokio. Szczerze mówiąc, niewiele sobie robiłyśmy z elegancji i luksusu tego miejsca Wygłupiałyśmy się na całego: udawałyśmy, że rozmawiamy po włosku, zrobiłyśmy najazd na sklep z okularami w bocznej uliczce, oświeciłyśmy sprzedawcę, czemu model okularów w kształcie serca nazywa się „Lolita” i robiłyśmy zdjęcia z wielkim pluszowym misiem przed sklepem dziecięcym.

Takie rzeczy to tylko z dobrym towarzystwem można robić. 🙂

Niestety, jak już doszłyby do restauracji Alicjowej, to się okazało, że ten konkretny punkt otwiera się dopiero od czwartej po południu. A była dopiero druga. Mój błąd, ze nie sprawdziłam… Na szczęście w tym samym budynku znajdowała się wytwornie wyglądająca restauracja z indyjskim curry w bardzo dostępnej cenie. Nie jestem odporna na ostre rzeczy, więc się popłakałam nad swoją porcją.

Po przejechaniu jednej stacji najfajniejszą linią tokijskich pociągów, Yamanote*, wylądowałyśmy w Shinagawie i rozpoczęłyśmy poszukiwania Prince tel, w którym to znajdowało się oceanarium. na pól godziny jednak rozproszyła nas ta oto malutka świątynia:

*Yamanote jest linią idealną. Nie dość, że jeździ po okręgu, więc nawet jeśli ci się pomylą strony, to w sumie nic nie szkodzi. Łączy prawie wszystkie popularne miejsca w Tokio: Shibuyę (mekka zakupów i koncertów), Shinjuku (mekka zabawy do białego rana), Harajuku (mekka cosplayu), Ueno (mekka fanatyków muzeów i sakur), Akihabarę, punkt przesiadki do Tsukuba Express i mekkę otaku… chociaż ja nie wiem, co oni tam widzą, meh. Oj, zmieniło mi się podejście w ciągu tych ostatnich dziesięciu miesięcy.

Według tumblra świątynia ta nazywa się Takayama Inari Jinja. Wierze na słowo, bo jak próbowałam zlokalizować ją na Google Maps, to zakończyło się to klęska całkowitą.

Tuż za świątynią odkryłyśmy przejście przez wjazd do parkingu do Prince Hotel. Po wejściu do budynku czekało nas jeszcze mion pomieszczeń, korytarzy i winda, zanim udało nam się osiągnąć cel, czyli oceanarium.

Oceanarium to nie jest zbyt duże, na dodatek było całkiem zatłoczone. Ale trzeba przyznać, że rybki w akwariach były bardzo ładne i przyjemnie się je oglądało. Gorzej z akwariami, gdzie trzymano wydry i pingwiny. Za bardzo przypominało to zoo, i to nie takie najlepsze. Akwaria dla nich wydawały się zwyczajnie za małe. Nawet nie robiłyśmy zdjęć, bo wydawało sie to dręczeniem tych zwierząt. Nie wiem, ryby jakoś zdawały się mieć lepsze warunki.

Całkiem fajnym patentem jest też tunel w akwarium. Idziesz, a nad tobą wirują płaszczki. Chciałabym kiedyś odwiedzić większe akwarium, w którym jest ten trick zastosowany, musi to robić jeszcze większe wrażenie.

Jendą z sekcji akwarium była sekcja „naukowa”, gdzie można było obejrzeć różne muszle i preparaty rybich ości. Rybie szkielety w neonowych kolorach: dobra podstawa do koszmarów sennych. Albo jakiegoś filmu surrealistycznego.

Na sam koniec zostawiłyśmy sobie pokój z meduzami. I tutaj muszę przyznać: jak wcześniej akwarium mi się tak średnio podobało, to tutaj dostałam całkowitego opadu szczęki. Wyglądało to po prostu odjazdowo.

Meduzy są takimi pięknymi stworzeniami *.*

Oczywiście cały czas spędzony w akwarium, jak i również potem, obfitował w różne wygłupy i żarty. Wydaje mi się, że czasem nie jest nawet ważne, co dokładnie się robi, jeśli ma się dobrych „partnerów w zbrodni”. Wedy wszystko staje się zabawne i interesujące.

To była pierwsza wizyta w Tokio, w czasie której nie miałam takiego wrażenia „O MATKO I CÓRKO, JESTEM W TOKIO, AAA!”. Chyba się przyzwyczaiłam. Z jednej strony to dobrze, z drugiej…przez to mogę przegapić wiele ciekawych rzeczy, tak mi się wydaje. Bo nie będzie mi się chciało jechać, bo „przecież to tylko Tokio”.

Nie no, aż tak to chyba nigdy nie będzie. W końcu każdy czasem potrzebuje trochę zmiany otoczenia. A jak ma się nastrój „girls just wanna have fun”, to Tokio nadaje się idealnie. Tam zawsze coś jest do zobaczenia.

4 myśli w temacie “Tokio, 11/07/2015: girls just wanna have fun

  1. angelene pisze:

    Meduzy to jedne z nielicznych zwierząt, które mnie naprawdę obrzydzają; jak tylko widziałam jakąś w morzu, natychmiast uciekałam. D: Muszę jednak przyznać, że na zdjęciach wyglądają bardzo ładnie. 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s